Muzyka

sobota, 3 stycznia 2015

W dzień po walce Grimmjow vs Ichigo

Grimmjow leżąc bezładnie ledwie przykryty na wpół zsuniętą z łóżka kołdrą, wsłuchiwał się w głośne echo równych, stanowczych kroków rozlegających się na korytarzu. Nasłuchiwał coraz głośniejszych odgłosów z pewną nutą melancholii; wiedział, co zdarzy się za chwilę. Kroki umilkną, po czym da się słyszeć charakterystyczny, subtelny dźwięk powoli otwieranych drzwi. Po czym szmaragdowy wzrok Ulquiorra'y zajrzy w każdy kąt pokoju, ostatecznie zatrzymując się na postaci zajmującej niepościelone łóżko. Tak pewnie się stanie- pomyślał ze znużeniem Grimmjow.
Wielkie było jego zaskoczenie, gdy zamiast owych delikatnych odgłosów usłyszał huk pękającego drewna i sypiących się we wszystkie strony drzazg, pochodzących z niegdysiejszych drzwi.
-Stawaj do walki! Tu i teraz!- głos Ichigo wprost przepełniony był determinacją i pewnością siebie. Niezwykle zmęczony Grimmjow dźwignął się chwiejnie z łóżka, przeczesał włosy dłonią, po czym odpowiedział kpiącym głosem:
-Przestań się wydurniać. Obydwoje jesteśmy ranni i zmęczeni wczorajszą walką. Spadaj stąd.- Ledwie skończył mówić, ujrzał Zangetsu wycelowanego wprost w jego szyję. Kurosaki pchnął zanpaktou, ale Grimmjow był szybszy. Raniąc swoją dłoń, złapał i pociągnął ku sobie ostrze. Zdezorientowany shinigami spudłował i zachwiał się, a Hollow wykorzystując okazję mocno kopnął chłopaka w brzuch. Ten zderzył się z przeciwległą ścianą i stracił przytomność po kolejnym kopie Jagerjaques'a- tym razem w głowę. Przemożnie zmęczony tym wszystkim Grimmjow wyrzucił Ichigo wraz z jego mieczem przez okno pokoju (znajdującego się na trzecim piętrze), wytłukując przy tym szybę. Powlókł się do łazienki umyć dłonie, po czym wygodnie położył się na łóżku i podciągnął kołdrę.
Jego wyczerpany organizm, dodatkowo zachęcony ilością tlenu wlewającego się przez zdewastowane okno, odpłynął w głęboki niebyt do krainy marzeń sennych. Krainy, w której Ichigo i jego przyjaciele leżą bez życia, plamiąc szkarłatem soczyście zieloną trawę, a on wraz z Ulquiorra'ą oddaje się ciekawszemu zajęciu, jakim jest zdejmowanie skalpu z Aizena. 



Wendy

niedziela, 28 grudnia 2014

Znowu Pada... cz.I

Rozbudzona rozejrzałam się po pokoju. Nie ma niczego, co by choć trochę zwróciło moją uwagę. Pustka w sercu się poszerzała, pochłaniała mnie, całą mnie...

Wczorajszy wieczór dał mi kopa; imprezy, alkohol, i tańczący panowie...
Innymi słowy wieczór panieński. Martha to ma szczęście, ma wspaniałego narzeczonego, pracę, dom, no i osiągnęła to, czego chciała...
Mi pozostało zostać starą panną do końca życia. Bezdzietna i brak faceta, chociaż mam już 28 lat...
Głowę przeszył tępy ból, potarłam skronie.
-Jaki Syf!! Co tu się działo?!
Rozejrzałam się po pokoju, w drzwiach stał mój przyjaciel Nathan, przystojny macho, typ łamacza serc i nadętego buca.
-Impreza była, a co?! Nie mogę?- Mój wrzask zaniósł się po całym pokoju. Wierciłam go wzrokiem, niby to mój przyjaciel, ale z innej strony go nienawidziłam, tak po prostu.
-Rybko, wyglądasz jak sto nieszczęść, ogarnij się, okej? Mamy dzisiaj spotkanie z przedstawicielami ważnej firmy. Zapomniałaś?- Uśmiechnął się, litościwie odsłaniając perłowe zęby.
-Jaka firma?... To dzisiaj?!
Zerwałam się z łóżka i zabierając ręcznik, pobiegłam do łazienki. Wskoczyłam pod prysznic, pozwalając ciepłej wodzie obmyć moje ciało. Zapominałam o wszelkich troskach, o kłótniach z rodzicami, o rachunkach, o kolejnym niewypale miłosnym...
-Mogę zrobić sobie herbatę?- Usłyszałam.
-Tak, darmozjadzie.- Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Ej, ej, ale Cię obudziłem... Co nie?- Chichotał, chociaż tyle dobrego.
-Dobra, rób se ta co chce ta, i nie stać mi tu pod drzwiami jak stalker, okej?- Zaczęłam się śmiać na cały głos.
Drzwi od łazienki się uchyliły...
-Nathan, co robisz?- Zapytałam zakrywając się dłońmi.
-Zobaczysz.- Usłyszałam.
Następne sceny pamiętam jak przez mgłę. Nathan wszedł to toalety, zabrał rolkę papieru i wrzucił mi ją pod prysznic, na co ja się wydarłam i oblałam go wodą z węża, poślizgnęłam się upadłam na tyłek, szybko wzięłam ręcznik oby się okryć. Nathan się śmieje przy drzwiach, chwilę później wywracając się i chichocząc jak dzika hiena.
-Co to było? Ile Ty masz lat? Hahahahahaha, to było dobre.- Leżeliśmy na łazienkowych kafelkach chichocząc i trzymając się za brzuchy. Chłód ziemi owiał moje plecy i szyję, byłam w samym ręczniku, dopiero teraz zrozumiałam co mam na sobie... a raczej czego nie mam...
Zobaczyłam przed sobą dłoń Nathana, wyciągnięta w moją stronę, przypominałam sobie nasze dzieciństwo, razem biegaliśmy wśród słoneczników nie przejmując się niczym, byliśmy dziećmi, szczęśliwymi dziećmi...
-No chodź mała.- Usłyszałam nad głową. Zagłębiłam się w jego oczach, głębokich jak morze niebieskich ślepiach, pochłaniały mnie kolorem. Iskierki w nich błyszczały jak u dziecka...
Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając jego blond czuprynę wystającą znad płotu...
-Julcia! No chodź, widziałem małe kotki, musisz je zobaczyć.
Już jako dziecko Nathan, był miłym i słodkim chłopczykiem, 4 lata ode mnie starszym, ale nigdy tego nie było po nas widać...
-Julia, szybciutko! No chodź.- Chłopczyk podbiega do mnie i łapie mnie za dłoń.
-Nat, spokojnie, idę.- Odpowiadam piskliwym głosikiem i idę za chłopczykiem.
Zwracamy się ku starej rzece, widzę karton... a w nim małe kociaczki, zanoszę się chichotem i całuję Nathana w policzek tuląc się do niego. Miałam wtedy 5 lat.
Spojrzałam się na niego, miał roztrzepane blond długie włosy i malinowe policzki. Rumieniec spowił moją twarz i wtedy, tam przy kartonie, nad małymi kotami, całowałam się po raz pierwszy. Nathan przyłożył swoje usta do moich, trzymając mnie za dłoń...
Czas się zatrzymał, szczęście, smutek, zaskoczenie a nawet złość rozpychały mnie od środka, tarmosząc moim umysłem...
Tam nad rzeką, przy kotach, zakochałam się w chłopcu z blond czupryną i niebieskimi ślepiami, w chłopcu, który był moim przyjacielem...
Zakochałam się w Nathanie...

(pik... pik... pik...)

-Kochanie? Jezu, patrz obudziła się!
Usłyszałam krzyk i ktoś złapał mnie za dłoń. Spojrzałam na ludzi stojących przy łóżku.
-Gdzie jestem?- Złapałam się za głowę, byłam podpięta pod kroplówkę.
-Kochanie to szpital, zemdlałaś, bo uderzyłaś się w głowę.- Spokojnie wytłumaczyła mi kobieta siedząca przy mnie.
Rozejrzałam się po pokoju, obok mnie stali jacyś ludzie... wyglądali znajomo...
Spojrzałam przez okno na ocean, tafla wody spokojnie falowała, odbijała światło, które mnie oślepiło. Po drugiej stronie łóżka siedział jakiś facet, przystojny, blond grzywka opadała mu na czoło, przysłaniając oczy. Spoczywał na krześle ze skrzyżowanymi rękami, chyba spał.
-Ale... Kim jesteście?- Zapytałam, spoglądając na kobietę, która trzymała moją dłoń. Łza spłynęła jej po policzku, zostawiając za sobą srebrzystą smugę.
-Przepraszam, powiedziałam coś nie tak?
-Dziecko, nie pamiętasz nas? - Patrzała na mnie, powstrzymując łzy.
-Proszę Pani...
-Nie jestem żadna pani! Jestem twoją matką! Jak możesz NAS nie pamiętać?!- Kobieta wstała i zaczęła mną szarpać. Łzy płynęły jej z oczu, zmywając makijaż.
-Beth, uspokój się!- Mężczyzna wyprowadził moją "matkę" z pokoju.

Spojrzałam na siebie w metalowej ramie łóżka...
-Wyglądam okropnie!- Powiedziałam, przecierając twarz rękawem. 
-Zgodzę się z Tobą w stu procentach.
Ktoś złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Owiał mnie zapach mięty i ogniska, przymknęłam oczy, dając się ponieść...
Czułam, że osoba trzymając mnie w ramionach jest mi bliska, wtuliłam się w jej klatę piersiową łykając łzy.
-Mała, dlaczego płaczesz?- Usłyszałam nad głową.
Spojrzałam na niego, patrzył na mnie z troską, czuje coś do mnie, i ja to wiem...
-Po prostu czuję się nieswojo przy Tobie, jakbym Ci czegoś nie powiedziała, boli mnie to, czuję pustkę w sercu, jak mnie pochłania, całą mnie.- Otarłam twarz dłońmi, nie chciałam, żeby mnie widział.
-Julia, ja Cię...
-Julia, wychodzimy. A ty Nathan idź już, z nią wszystko dobrze.- Pielęgniarka do mnie podeszła i odłączyła kroplówkę.
-Córka powinna zostać w domu przez jakieś 2 tygodnie, tak będzie najlepiej.- Oznajmiła lekarka.
Spojrzałam na moją matkę, trzęsła się jak osika, a dłonie zacisnęła w pięści.
-Sama wiem, co jest dla niej dobre!- Wysyczała i złapała mnie za rękę.
Wychodząc z pomieszczenia spojrzałam na mężczyznę... Wiedziałam, że coś muszę powiedzieć... Przypływ natchnienia i różnych uczuć smutku, złości, szczęścia i dumy, poczułam w sobie siłę i wykrzyczałam:
-Kocham Cię, Nathanie!- Spojrzałam na niego ostatni raz, był... piękny i smutny, stał przed deszczowym oknem, patrząc się na mnie.
-Cicho siedź, dzisiaj wyjdziesz za jednego z synów naszego ważnego współpracownika...- Powiedziała kobieta, wyciągając mnie ku szpitalnemu dziedzińcowi... 

Otarłam łzy i spoglądałam na niebo, było szarobure i wylewało z siebie hektolitry deszczu. Wsłuchałam się w dźwięk moich stóp, chlapiących o chodnik...
Wyrwałam się z morderczego uścisku i pobiegłam przed siebie, ignorowałam wrzaski i inne bodźce dochodzące z zewnątrz, czułam sercem, a tym co czułam był ból... Spojrzałam jeszcze raz w niebo, włosy przykleiły mi się do twarzy a łzy mieszały się z kroplami deszczu, smutek mną pochłonął, a szarość spowiła umysł...

-Znowu pada, co nie?- Przybrałam na usta grymas tragicznego uśmiechu.
Upadłam na kolana i zaniosłam się szlochem i trwałam tak, póki nie opadłam z sił...