- Chyba powinniśmy zacząć od miejsca. - powiedziałem.
- Jesteś pewien? Zazwyczaj najpierw jest jakiś szkic, historia czy coś... Nie pogubimy się? - odparł Jack.
- Och, daj spokój. Po prostu podaj mi tę mapę.
Jesteśmy tutaj. Widzisz? Ten czerwony krzyżyk.
(Chyba jednak nie obejdzie się bez odrobiny historii. Nie mów Jackowi, że miał rację. Do końca życia w mojej głowie pobrzmiewałyby piskliwe słowa "a nie mówiłem?".)
Trzy lata temu. Wtedy wszystko się zaczęło. Wracając do domu, zauważyłem coś dziwnego, jakieś poruszenie w krzakach pobliskiego parku.
Nie, to nie był kot.
Wyglądało to jak skrzyżowanie szczura z wiewiórką. Czerwone, mściwe oczka taksującym spojrzeniem zajrzały w głąb mojej duszy. Stworzenie poruszyło niecierpliwie koniuszkiem ogona.
Po serii przenikliwych pisków, jakie z siebie wydało, czmychnęło w głąb zarośli.
Dając upust swojej ciekawości i podążając za zwierzęciem, podjąłem pierwszy krok do piekła... dosłownie.
Oczom mym ukazało się stadko pokracznych skrzyżowań gryzoni z innymi przedstawicielami fauny.
- Gówno! - wrzasnąłem i poszedłem grać w Tekkena....
Koniec.
Wendy+MashiNo
Muzyka
sobota, 27 grudnia 2014
niedziela, 21 grudnia 2014
Jakby zniknąć
Jest deszczowe letnie popołudnie. Z
melancholią wpatruję się w drzewa za oknem.
Są tak soczyście zielone, cudownie
podkreślone złotym blaskiem zachodzącego słońca. Nie mogę
oderwać od nich oczu.
Jest coś niepokojącego w letniej
ciszy.
Za często zwiastuje burzę.
Zaczęło się jakiś tydzień temu.
Zauważyłem, że staję się coraz bardziej obojętny ludziom,
którzy do tej pory mnie potrzebowali. A ja potrzebowałem ich.
W poniedziałek myślałem, że to moja
wina - zrobiłem coś nie tak, a moi przyjaciele z klasy są po
prostu obrażeni. Wracając do domu nie mogłem przestać o tym
myśleć. Gdy w końcu dotarłem do domu, czekała mnie kolejna
dziwna sytuacja. Ani moi rodzice, ani brat, nie zwracali na mnie
większej uwagi. Gdy podawano do stołu, pominięto moje miejsce.
Byłem niezwykle poirytowany, ale i zdziwiony w stopniu nie
pozwalającym mi na jakąkolwiek reakcję.
Wtorek. Kierowca autobusu nie chciał
mi sprzedać biletu. Dopiero po awanturze, jaką usiłowałem
wywołać, z wielkim zdziwieniem zwrócił ku mnie wzrok.
Przepraszając, wręczył mi upragniony bilet, a ja z zażenowaniem
powlokłem się ku wolnemu miejscu.
W środę zaczęli mnie ignorować
nauczyciele. Przy wyczytywaniu obecności musiałem narobić niezłego
hałasu, żeby mnie zauważyli. Za to ściągać na kartkówce z
biologii było niesamowicie łatwo. Po powrocie do domu dałem sobie
spokój z próbami zwrócenia na siebie uwagi. Kiedy mój pies
kompletnie mnie zignorował, choć machałem mu przed nosem
przekąską, postanowiłem przestać się starać i po odgrzaniu
obiadu poszedłem prosto do łóżka.
Czwartek przyniósł ze sobą
przerażające odkrycie. Ubierając skarpetkę zauważyłem, że
koniuszki moich palców zaczynają znikać. Właściwie to nie do
końca; można je było dotknąć, choć zaczęły stawać się
niewidzialne. Wstrząśnięty, postanowiłem zostać w domu. Nikt i
tak nie zauważy, pomyślałem.
Zacząłem szukać informacji na temat
mojej niesamowitej przypadłości. Mimo usilnych i gruntownych
poszukiwań, nie zdołałem znaleźć niczego przydatnego, ani w
internecie, ani w miejscowej bibliotece. Za to wracając do domu
zostałem nieomal przejechany. Kierowca zarzekał się, że mnie nie
zauważył. Jakbym to już gdzieś słyszał...
W piątek zaczęła ogarniać mnie
rozpacz po odkryciu, że moich stop właściwie już nie ma. Aż do
kostek były całkiem niewidoczne. Postanowiłem udać się do
lekarza.
Po wygłoszeniu kolejnej przemowy w
stylu przepraszam-nie-zauważyłem-że-istniejesz, lekarz dokładnie
obejrzał moje stopy - a raczej ich brak, i całkiem zdezorientowany
uznał to za żart z mojej strony. Nie mam pojęcia, jak sobie
wyobrażał zrobienie takiego czegoś za pomocą iluzji, ale
wzburzony wyprosił mnie z gabinetu, twierdząc że zabieram mu czas
na leczenie "naprawdę" chorych ludzi. Byłem zaszokowany
jego zachowaniem.
W sobotę moje nogi zniknęły aż do
kolan. Zacząłem panikować, przerażony niewytłumaczalnym
zjawiskiem. Co się ze mną stanie? Czy zniknę zupełnie? Dlaczego,
i w jaki sposób?
Dziś niedziela. Piszę ten list,
niepewny mojego losu. Na szczęście przestałem już się nim
martwić. Nie chcę zniknąć, ale i tak nie mam wpływu na
zaistniałą sytuację. Jedyne co mi pozostało to czekać na dalszy
rozwój wydarzeń.
Piszę, by uspokoić się nieco, a
także, by pozostawić po sobie jakiś ślad. Wiem, że to niewiele,
ale może kiedyś ktoś sobie o mnie przypomni.
Będę czekał.
O ile jeszcze będę w ogóle.
Delikatnie odkładam pióro. Tak
przynajmniej mi się wydaje, w końcu widzę jak subtelnie ląduje na
biurku.
Wstaję i spoglądam w lustro. W moim
pokoju jest całkiem czysto. Czyściej niż kiedykolwiek.
To mój pokój, beze mnie.
Choć ze mną.
Jeszcze raz spoglądam na wszystko
wokół. Przynajmniej moje rzeczy mnie nie zostawiły.
Biorę trochę ubrań i kilka innych
szpargałów.
Wychodzę przez drzwi i nie ma już
niczego.
Niczego.
Wendy
Subskrybuj:
Posty (Atom)