Muzyka

niedziela, 21 grudnia 2014

Jakby zniknąć

Jest deszczowe letnie popołudnie. Z melancholią wpatruję się w drzewa za oknem.
Są tak soczyście zielone, cudownie podkreślone złotym blaskiem zachodzącego słońca. Nie mogę oderwać od nich oczu.
Jest coś niepokojącego w letniej ciszy.
Za często zwiastuje burzę.

Zaczęło się jakiś tydzień temu. Zauważyłem, że staję się coraz bardziej obojętny ludziom, którzy do tej pory mnie potrzebowali. A ja potrzebowałem ich.
W poniedziałek myślałem, że to moja wina - zrobiłem coś nie tak, a moi przyjaciele z klasy są po prostu obrażeni. Wracając do domu nie mogłem przestać o tym myśleć. Gdy w końcu dotarłem do domu, czekała mnie kolejna dziwna sytuacja. Ani moi rodzice, ani brat, nie zwracali na mnie większej uwagi. Gdy podawano do stołu, pominięto moje miejsce. Byłem niezwykle poirytowany, ale i zdziwiony w stopniu nie pozwalającym mi na jakąkolwiek reakcję.
Wtorek. Kierowca autobusu nie chciał mi sprzedać biletu. Dopiero po awanturze, jaką usiłowałem wywołać, z wielkim zdziwieniem zwrócił ku mnie wzrok. Przepraszając, wręczył mi upragniony bilet, a ja z zażenowaniem powlokłem się ku wolnemu miejscu.
W środę zaczęli mnie ignorować nauczyciele. Przy wyczytywaniu obecności musiałem narobić niezłego hałasu, żeby mnie zauważyli. Za to ściągać na kartkówce z biologii było niesamowicie łatwo. Po powrocie do domu dałem sobie spokój z próbami zwrócenia na siebie uwagi. Kiedy mój pies kompletnie mnie zignorował, choć machałem mu przed nosem przekąską, postanowiłem przestać się starać i po odgrzaniu obiadu poszedłem prosto do łóżka.
Czwartek przyniósł ze sobą przerażające odkrycie. Ubierając skarpetkę zauważyłem, że koniuszki moich palców zaczynają znikać. Właściwie to nie do końca; można je było dotknąć, choć zaczęły stawać się niewidzialne. Wstrząśnięty, postanowiłem zostać w domu. Nikt i tak nie zauważy, pomyślałem.
Zacząłem szukać informacji na temat mojej niesamowitej przypadłości. Mimo usilnych i gruntownych poszukiwań, nie zdołałem znaleźć niczego przydatnego, ani w internecie, ani w miejscowej bibliotece. Za to wracając do domu zostałem nieomal przejechany. Kierowca zarzekał się, że mnie nie zauważył. Jakbym to już gdzieś słyszał...
W piątek zaczęła ogarniać mnie rozpacz po odkryciu, że moich stop właściwie już nie ma. Aż do kostek były całkiem niewidoczne. Postanowiłem udać się do lekarza.
Po wygłoszeniu kolejnej przemowy w stylu przepraszam-nie-zauważyłem-że-istniejesz, lekarz dokładnie obejrzał moje stopy - a raczej ich brak, i całkiem zdezorientowany uznał to za żart z mojej strony. Nie mam pojęcia, jak sobie wyobrażał zrobienie takiego czegoś za pomocą iluzji, ale wzburzony wyprosił mnie z gabinetu, twierdząc że zabieram mu czas na leczenie "naprawdę" chorych ludzi. Byłem zaszokowany jego zachowaniem.
W sobotę moje nogi zniknęły aż do kolan. Zacząłem panikować, przerażony niewytłumaczalnym zjawiskiem. Co się ze mną stanie? Czy zniknę zupełnie? Dlaczego, i w jaki sposób?
Dziś niedziela. Piszę ten list, niepewny mojego losu. Na szczęście przestałem już się nim martwić. Nie chcę zniknąć, ale i tak nie mam wpływu na zaistniałą sytuację. Jedyne co mi pozostało to czekać na dalszy rozwój wydarzeń.
Piszę, by uspokoić się nieco, a także, by pozostawić po sobie jakiś ślad. Wiem, że to niewiele, ale może kiedyś ktoś sobie o mnie przypomni.
Będę czekał.
O ile jeszcze będę w ogóle.

Delikatnie odkładam pióro. Tak przynajmniej mi się wydaje, w końcu widzę jak subtelnie ląduje na biurku.
Wstaję i spoglądam w lustro. W moim pokoju jest całkiem czysto. Czyściej niż kiedykolwiek.
To mój pokój, beze mnie.
Choć ze mną.
Jeszcze raz spoglądam na wszystko wokół. Przynajmniej moje rzeczy mnie nie zostawiły.
Biorę trochę ubrań i kilka innych szpargałów.
Wychodzę przez drzwi i nie ma już niczego.

Niczego.



Wendy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz